Mikro-sztuka
Antyczna definicja sztuki, czyli to co czyni Mona Lisę dziełem sztuki, a Ferdinanda Victora Eugène Delacroix artystą, pozwalała na celne i jednoznaczne osądzenie czy coś jest sztuką czy też nie. Niestety, od tamtego czasu definicja sztuki przeszła przez tysiące lat modyfikacji, głównie ze strony pozbawionych talentu rzemieślników, których mocno mierził ich brak zdolności. Najmocniejszy cios w sztukę został wyprowadzony w połowie poprzedniego wieku, gdy jakieś zero obramowało niebieski kwadrat, a jego praca trafiła do muzeum. Wtedy upadły wszelkie całościowe systemy wyznaczające właściwe cele sztuki, które odróżniają ją od szeroko pojętego kiczu i wandalizmu. Dziś, w świetle nowych bzdurnych zasad, nie można obiektywnie patrzyć na sztukę. Zarówno sztuka jak i sam artysta nie istnieje. Ale nie załamujmy rąk!
Dzięki niepowstrzymanemu postępowi oraz nowemu braku definicji sztuki, dzisiejszy artysta-malarz nie musi trzymać pędzla, nie musi trenować swojego warsztatu, nie musi jechać w góry aby uzyskać materiał i inspirację do stworzenia dzieła sztuki. Wystarczy, że wyda jakieś 10 000 zł na mikroskop, podłączy go do aparatu lub skanera a pod obiektyw podłoży swój brudny paznokieć.
Bardzo często można spotkać się z wystawą artysty-fotografa. Nie do końca to rozumiem. Wbrew temu co mówią fotografowie, to aparat robi zdjęcie. Fotograf tylko musi wyczekać odpowiedni moment. Dziś aparaty potrafią zrobić 10 albo więcej wysokiej jakości zdjęć na sekundę, więc de-facto artystą tutaj powinien być canon lub nikon a nie osoba, która wydała pieniądze.
Bez względu na to, czy artystą jest maszyna czy człowiek, poniższych kilka zdjęć uważam za genialne. Same w sobie sztuką (w moim mniemaniu) nie są, lecz przedstawiają sztukę. Zdjęcia te były robione jakimiś dziwnymi metodami mikroskopijnej fotografii. Nie wiem jak to zrobili, wiem, że rezultat jest ładny.







Fajne te foty