Karp, mięso i nieludzkie praktyki
Moja żona, jej brzuszek przechowujący kolejne dziecko, mój syn i ja, pomimo braku głównej atrakcji, wspaniale się bawiliśmy w te święta. Stół był przepełniony smakołykami, nie zabrakło na nim ani jednej potrawy, ani jednej przyprawy, ani jednego sztućca. Napchałem się niesamowicie. Przytyłem ze 40 kilo! I to było dobre. Na drugi dzień świąt pojechaliśmy do rodziców Ali. Jedzenia było pełno. W końcu mają gospodarstwo z mnóstwem świnek, krówek, kurek, ptaszków, psów, kotów. I to było dobre. Natomiast najlepszym elementem tego spotkania, były opowieści dziadków. Tym razem babcia opowiedziała o jej przygodzie z karpiem.
Przywieźli mi żywą rybę. Leżała w samochodzie bez wody ze 4 godziny, a jak mi ją na stole położyli, to jeszcze się telepała. No to chwyciłam za młotek i przydzwoniłam jej w głowę. Wyskoczyło jedno oko, wypłynęła z niego krew a ona nadal żyła!. No to ja ją znowu Pac! Pysk jej się wykrzywił, wypłynęła krew z obu stron a ryba zdrowym okiem nadal mrugała i się telepała. Nieśmiertelna! Nie chciałam jej już więcej bić, więc wzięłam garść soli, wcisnęłam do pyska – zdechła.
Piękna poezja przetrwania :)
Przed samymi świętami, byłem świadkiem świnko-bicia, patroszenia i porcjowania. Byłem tak przejęty wspaniałym widowiskiem, że dopiero gdy doszedłem do siebie postanowiłem chwycić za komórkę i nagrać kawałek. Następnym razem postaram się nakręcić “pełnometrażowy” :)


za polami, za łąkami w wielkim lesie wszystkie prawdy się spisały :)
mocne, takie naturalistyczne ;)